Świeżo opublikowany przez Instytut Spraw Publicznych raport pokazuje, iż nie ma wyraźnego związku między sytuacją w Polsce czy na Węgrzech a inkryminowanym przez lewicę liberalną rzekomym narastaniem postaw faszystowskich w tych krajach.

Autorzy raportu opublikowanego właśnie na witrynie ISP wykazują, iż obserwowany moment populistyczny, który wyraża się w Polsce w postaci wysokiej popularności rządzącej partii PiS a na Węgrzech—podobnej w anturażu — formacji FIDES ma w większym stopniu charakter manichejsko-autorytarny niż stricte faszystowski. Skłonność do przemocowych rozstrzygnięć procesów politycznych jest bowiem wśród zwolenników rządzących w Polsce i na Węgrzech formacji niewielka. Autorzy niezbyt przekonująco starają się definiować wzmiankowany w podtytule raportu „trybalizm” jako swoistą ekspresję manichejskiego autorytaryzmu, który rzekomo jest zagrożeniem dla przedstawicielskiej demokracji.

Zadziwiające, że autorzy – wyraźnie zależni od liberalno-lewicowego światopoglądu – sami przyznają, że ów „etnocentryczny trybalizm” , który stanowić ma tak wielkie zagrożenie dla demokracji, nie daje się skojarzyć z akceptacją dla przemocy:

Concerning violence, the good news is that 83%
of respondents agreed that violence is completely
unacceptable in a democracy and only 11% justified
violence when it is necessary to achieve important
goals. People answered this question with a high level
of confidence.

Zasadniczo – autorów raportu charakteryzuje wybitnie lewicowy niepokój związany ze zmianą dominującego paradygmatu politycznego, który zmienia orientację z pro-mniejszościowej na pro-większościową i dają wyraz swoim lękom poprzez ujmowanie tej zmiany w ramy „faszystowskiej” narracji pomimo ewidentnego braku wskaźników jej przemocowego charakteru.

Malejące przekonanie społeczeństw do wszechogarniającej inkluzywności, która stała się dewizą współczesnego lewicowego liberalizmu wynika wprost z rozpoznania przez nie, że zatomizowane, niepowiązane wspólnymi toposami wiążącymi jednostki społeczności stają się słabe, niezdolne do obrony swojej tożsamości i związanego z nią stylu życia przed presją ze strony znajdujących poparcie liberalnych elit asertywnych mniejszości oraz innymi zagrożeniami egzystencjalnymi.

W tym sensie postulowany przez autorów raportu „trybalizm” jest niczym innym, jak dowartościowaniem grupowej tożsamości większości społecznej kosztem obowiązującej w lewicowym liberalizmie narracji indywidualistycznej, dla której wszelka „tożsamość grupowa” inna niż będąca wyrazem emancypacji grup uciśnionych jest z natury opresyjna i stanowi obiekt najżarliwszej krytyki. Trybalizm jest zatem swoistym integrystycznym odruchem obronnym większości, która stara się zachować swoją podmiotowość wobec dezintegrującej ją presji „multikulturowości” oraz „różnorodności” (ang. diversity).

„Nieliberalne” demokracje w Polsce i na Węgrzech nie mają zatem znaczących komponentów przemocowych—ich główna „wina”, wobec której do porządku nie mogą przejść liberałowie, polega właśnie na zakwestionowaniu paradygmatu liberalnego w postaci podważenia zasady, zgodnie z którą różne hałaśliwe mniejszości były w stanie narzucać swoją wolę większości nie poprzez procedury demokratyczne, lecz poprzez wykorzystanie instrumentów prawnych, w szczególności odgrywających coraz większą rolę trybunałów międzynarodowych, które nad wyraz często interpretują prawo w sposób odmienny niż sądy krajowe, co tylko potęguje wrażenie odpodmiotowienia u—nomen-omen—demokratycznie wybranej większości.

Należy tutaj wyraźnie zauważać, iż wszystko to dotyczy w zasadzie szeroko rozumianej tzw. kultury politycznej. Nie mamy tutaj do czynienia ze zmianami ustrojowymi, które można by interpretować w kategoriach „powrotu dyktatury” czy jakiegoś nadzwyczajnego gwałtu na prawach człowieka, nie mamy do czynienia ze zdławieniem opozycji czy przekraczającym cywilizowane standardy atakiem na wolność słowa. Należy tu raczej widzieć zaostrzony spór między władzą ustawodawczą a sądowniczą o to, do jakiego stopnia władza ustawodawcza jest związana interpretacją prawa dokonywaną przez władzę sądowniczą.

Tego typu spory nie są bynajmniej niedorzeczne! Kiedy na przykład w USA federalny sąd apelacyjny nakazuje amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (EPA) wprowadzenie zakazu stosowania pestycydu o nazwie Chlorpyrifos (sprawa Unii Obywateli Amerykańskich Pochodzenia Latynoskiego przeciw stanowi Nowy Jork – Okręgowy Sąd Apelacyjny USA, sygnatura. 17-71636), to wchodzi w kompetencje eksperckie i wypowiada się rozstrzygająco tam, gdzie Ustawodawca wyznaczył określone agencje do dokonywania naukowo uzasadnionego osądu w zakresie szkodliwości lub nieszkodliwości danej substancji. Wchodzenie sądu w ich kompetencje wielu wydaje się ostrym naruszeniem zasady trójpodziału władzy. Zdanie takie wyraził jeden z orzekających sędziów, Ferdinad Fernandez, który uznał, że sąd nie ma kompetencji do orzekania w tej sprawie. Jednak był w mniejszości.

W Europie świeżym przykładem, w którym dominacja władzy sądowniczej nad wykonawczą stała się szczególnie widoczna, to zablokowanie przez sąd szwedzki budowy nowego budynku Centrum Noblowskiego w Sztokholmie, z uzasadnieniem, że „budynek przysłoniłby proces historycznego rozwoju miasta jako portu i zakłóciłby jego widowiskową morską panoramę.” Nie jestem pewny, że rolą sądów jest rozstrzyganie tego typu sporów. Po cóż nam w ogóle trójpodział władzy, skoro i tak o wszystkim najlepiej może wypowiedzieć się sąd?

Tak czy inaczej—sprawy takie pokazują, że między władzą sądowniczą a ustawodawczą czy wykonawczą panuje stałe napięcie co do zakresu kompetencji. Dość gwałtowny atak władzy ustawodawczej i wykonawczej na sądowniczą w Polsce czy na Węgrzech ma charakter korekty stanu rzeczy, w którym—zdaniem tych ostatnich judykatywa uzyskała zbyt dominującą a zarazem nie poddającą się społecznej kontroli pozycję w ramach trójpodziału władzy. Nie jest jednak bynajmniej jakiś frontalny atak na demokrację czy prawa człowieka—jak być może chciałaby opozycja. Z pewnością, pozycja władzy zdominowanej przez demokratyczną większość uległa istotnemu zwiększeniu, lecz nie w sposób wykraczający poza ramy dopuszczalnego sporu politycznego. Jeśli gdzieś występują przekroczenia cywilizacyjnej normy ustrojowej, to są one skutkiem sytuacji taktycznej i są wciąż możliwe do skorygowania bez osunięcia się państwa w otchłań twardego autorytaryzmu, chociaż—oczywiście—trzeba władzy wykonawczej, która cieszy się tak ogromnym a zarazem jakby bezrefleksyjnym poparciem szerokiej większości, patrzeć na ręce i krzyczeć głośno, kiedy pokusa każe jej sięgać po zbyt wiele.

 

Komentarze z Facebooka